Niech będzie. Też sobie popiszę. Zobaczymy, jak długo potrwa, zanim mi się to znudzi.
Pominiemy może jakieś szczegółowe wstępy, przedstawiające moją głęboką osobowość, tragiczną historię i tym podobne bzdety, jako, że po pierwsze- i tak nikogo to nie obchodzi, po drugie- z osobowością sama mam pewien problem, a po trzecie- w całokształcie i tak wyjdzie, co ma wyjść. Niestety. Niektórych rzeczy czasem lepiej nie wiedzieć.
Koniec wstępu.
Powstanie tego bloga ostatecznie zawdzięczacie Państwo szanownej instytucji zwanej Uniwersytetem Wrocławskim, a dokładniej sekcji informatycznej mojego wydziału.
Informatycy WPAiE to cudowni ludzie- mili, sympatyczni, weseli, z wielką wyobraźnią i ogromnym dystansem do świata. Dwie ostatnie cechy czasem niesamowicie urozmaicają życie gawiedzi studenckiej.
W XXI wieku wszystko zmierza ku możliwie dużej automatyzacji i informatyzacji w celu, podobno, ułatwieniu życia ludzkości i ograniczeniu czasu spędzanego niepotrzebnie w tak bezsensowny sposób, jak na przykład wyczekiwanie w kolejkach. Nic bardziej mylnego.
Wie o tym każdy student, którego spokojne, beztroskie, często niezbyt trzeźwe życie zostało nagle skalane klątwą USOS. Słowo to, oznaczające Uniwersytecki System Obsługi Studiów, jest ze zgrozą wymawiane przez studentów w całym kraju, czego my szczęśliwie nie mogliśmy pojąć do lata tego roku, kiedy to zjawisko to zagościło i u nas. Dołożona starań, żebyśmy wydarzenia tego nie zapomnieli długo...
Pojawienie się wroga zostało nam zakomunikowane obwieszczeniem o tym, że za jego pomocą mamy dnia konkretnego o konkretnej godzinie zarejestrować się na przedmioty do wyboru. Dnia konkretnego o konkretnej godzinie kilka tysięcy (wydział jest dość liczny) studentów zamarło przed ekranami komputerów, by przygotować się do wyścigu w celu zaklepania sobie miejsc na pasjonujące, lub przynajmniej mniej odstręczające nas przedmioty. Napięcie sięgało już szczytów, gdy przerwała je informacja, że system cosik nie działa, dziękujemy za zainteresowanie, prosimy o powtórkę z rozrywki dnia innego. To potraktować jako próbę generalną. Brać studencka pomarudziła, ale cóż robić? Dnia innego o porze zupełnie niewyznaczonej ktoś odkrył, że zapisy działają. Ci, którzy mieli szczęście czatować wtedy na różnego rodzaju komunikatorach, radośnie odwalili swoje, resztę zostawiając na lodzie. Ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, dnia następnego zawiadomiono o kolejnych błędach i cała akcja poszła na marne. Ale jak to mówią, do trzech razy sztuka. Za trzecim razem wszystko, o dziwo się udało. Nikt nie wierzył w to przez dobrych kilka dni.
Zjawisko USOSa było jednak niczym w porównaniu z radością, jaka spotkała dziś mnie osobiście.
Niczego nieświadoma poszłam sobie o godzinie 11.00 spokojnie do banku, w celu przelania pieniędzy na swoje indywidualne konto, w celu przystąpienia do ostatniego egzaminu, w celu ukończenia wreszcie tych cholernych studiów- dzięki czemu mogłabym zacząć żyć jak człowiek, nie musząc czynić starań niczym Hermiona Granger ze swoim czasopodwajaczem, by jakimś cudem znaleźć się na dwóch zajęciach jednocześnie, jakie to rozrywki zapewniają studia dwukierunkowe.
Szybko okazało się, że nie jest mi jednak pisane bezproblemowe załatwienie tak prostej sprawy, jak przelanie pewnej kwoty pieniędzy. Gdy już bowiem doszłam do okienka po odstaniu kolejeczki, pani z grzecznym zdziwieniem oznajmiła, że rzeczone konto nie istnieje. Moje zdziwienie było tym większe, że nie było mowy o pomyłce we wpisywaniu numeru, gdyż druczek do przelewu wydrukowałam bezpośrednio ze swojej strony. Nikt jednak nie był w stanie nic na to poradzić, więc udałam się wyjaśnić sprawę do dziekanatu. Była 11.30. Stanęłam w kolejce i już po pół godzinie udało mi się dojść do pani, która ze smutkiem oznajmiła, że ona nie może mi pomóc, jednak z pewnością zrobią to informatycy.
Udałam się więc do informatyków. Po jakimś czasie stania pod drzwiami niebo zesłało mi jedną z profesorek (po prawdzie- ostatnią osobę, jaką niebo mogło się posłużyć. Że znów nawiążę do Pottera- pani ta jest idealnym odzwierciedleniem Umbridge, z jej słodką wrednością, a kolejki pod jej gabinetem w godzinach konsultacji, w celu zaliczania pał, przysłużyły się do zawarcia wielu znajomości). Po niezastaniu informatyków u siebie, poszła gdzieś, a ja, tknięta przeczuciem, poleciałam za nią. Okazało się, że informatycy mają dyskretną kryjówkę w zupełnie innym miejscu. Jednak ponieważ widocznie czasem studentom udało im się ich znajdywać, wywiesili karteczkę, że przyjmują od 14.00 do 15.00.
Cóż robić. Dwie godziny przesiedziałam w Empiku z gazetką. I była to najbardziej konstruktywna część dnia, gdyż dowiedziałam się, jak postępować koniem na zasadzie psychologicznej więzi, wbrew temu, czego uczą w ośrodkach. Nie jest tajemnicą, że jestem konną maniaczką.
Po tych dwóch godzinach dostałam się wreszcie do informatyków. Na wiadomość, że konto indywidualne mi nie działa jeden z dwóch panów zareagował dość osobliwie- złapał się za głowę ze słowami "O nie! Znowu!" Po czym nastąpiła część artystyczna. Prezentuję tu dialog panów, który aż sobie zapisałam z radości.
- Mamy właściwy dziekanat połączony?
- Tak.
- No jak właściwy, jak ekonomia jest?
- Przejdź tam do tyłu i poszukaj, jest w tym samym katalogu.
- I co to ma być?
- Folder Ad dzie, Dziekan. I teraz plik administracja.bat
- Ad.. ad... ad... nie administracja1.exe?
- Nie. (chwilę później) Znalazłeś?
- Tak. I co teraz?
- Zrób sobie kawy.
(chwilę później)
- Działa.
- To teraz nacisnij alt + z. Albo alt + x.
- To które?
- Nie wiem, kombinuj.
-Aż się boję. (w tym momencie poczułam niepokój, że w ramach kombinowania usuną mnie z listy studentów)
- No, jest pani konto. Proszę pokazać, co pani tam miała napisane. No, trochę inne. Cztery zera w środku się zgadzają. Proszę sobie przepisać.
Po przepisaniu, z przekonaniem, iż numery kont na stronach podają za pomocą generatora liczb losowych, poszłam wreszcie do banku i w ciągu dwudziestu minut załatwiłam wszystko, co było trzeba. Gdy wyszłam, była 14.30. Jutro kolejne starcie, tym razem z dziekanatem, w celu złożenia podania i indeksu. Obu nie zajęło to więcej, niż półtora godziny...
No cóż, rozpisałam się. Na szczęście jednak mogłam to zrobić. Naprawdę niewiele brakowało, a z pisaniem przez następnych parę dni byłyby problemy. Dante, mój nowy towarzysz, również odznacza się bowiem niezwykłymi zdolnościami informatycznymi i dziś, w ramach protestu przeciw mojemu brakowi uwagi, przestawił mi klawiaturę na numeryczną tak, że tylko dzięki przywróceniu systemu dalej działa. O Dantem jednak innym razem.
AHAHAHAHA! Informatycy mnie rozwalili! xD Swoją drogą przypomniało mi to, że powinnam WRESZCIE odebrać papiery z uczelni, które miałam odebrać w 2008 :B
OdpowiedzUsuńFalco, niczym angielski humor Monty Pythona :D Co się nie chwalisz, ze masz bloga, co? Mam Cię teraz na oku...
OdpowiedzUsuńNes, ale Ci się spieszy z tymi papierami :D
A tak dyskretnie podpisuję :P
OdpowiedzUsuń